|
Widzisz wypowiedzi znalezione dla zapytania: skutki globalizacji
Temat: Bankowa komisja śledcza znów rusza do pracy
Przypadek BPH pokazał, że prywatyzacja banków nie była przemyślana
Jeżeli spór o BPH ujawnił bezsilność Skarbu Państwa wobec globalnych procesów konsolidacji sektora bankowego, to jej źródła tkwią w umowach prywatyzacyjnych z lat 90.
Minister skarbu państwa Andrzej Mikosz chce zablokować połączenie Banku BPH z Pekao. Powołuje się na umowę prywatyzacyjną z 1999 r., w której włoski UniCredito kupując od państwa akcje Pekao zobowiązał się nie nabywać w Polsce innego, konkurencyjnego banku. Jednak w ostatnim czasie UniCredito stał się właścicielem polskiego Banku BPH. Doszło do tego w wyniku konsolidacji europejskiego sektora bankowego: Włosi przejęli bowiem niemiecką grupę HVB, dotychczasowego właściciela BPH.
W odpowiedzi na te przekształcenia własnościowe, których rezultatem byłoby powstanie największego banku krajowego, większego od kontrolowanego przez państwo PKO BP, minister Mikosz wezwał UniCredito do sprzedaży w ciągu miesiąca akcji Banku BPH.
Chociaż za wezwaniem ministra przemawiają racjonalne argumenty (niektórzy ekonomiści np. Richard Mbewe twierdzą, że połączenie banków Pekao i BPH może spowodować ograniczenie konkurencji i zapoczątkować budowę wielkich konsorcjów czy karteli, które będą dyktowały zasady na rynku bankowym), to nader wątpliwe wydaje się, żeby państwu polskiemu udało się wygrać spór z UniCredito na płaszczyźnie prawnej.
Nie tylko dlatego, że Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów uznał, że organem właściwym do zbadania połączenia obu banków pod kątem zgodności z prawem antymonopolowym jest Komisja Europejska, a ta wydała już Włochom niezbędną zgodę, ale także z powodu niedopatrzeń prawników Ministerstwa Skarbu Państwa (MSP) w umowie prywatyzacyjnej Pekao, podpisanej z UniCredito w 1999 r.
Załóżmy, że Włosi nie odsprzedadzą akcji Banku BPH lekceważąc żądanie polskiego ministra skarbu. Szefowi MSP pozostanie wtedy procesować się o odszkodowanie na podstawie wspomnianego zapisu z umowy prywatyzacyjnej Pekao, zabraniającego UniCredito nabywać konkurencyjne banki w naszym kraju. Sęk w tym, że w przywołanej umowie prawdopodobnie nie ma określonej, precyzyjnie kwoty umownej odszkodowania, które inwestor winien zapłacić Skarbowi Państwa w razie złamania kluczowego zapisu kontraktu.
Cytowany przez „Rzeczpospolitą” prawnik Marcin Gmaj z kancelarii Baker & MacKenzie przestrzega, że jeśli takiej kwoty nie wpisano do umowy z UniCredito z 1999 r., ministrowi skarbu ciężko będzie udowodnić w ewentualnym procesie sądowym z Włochami „wymierną i bezpośrednią szkodę”.
Jestem osobliwie pewny, a pewność ta nie napawa mnie optymizmem, że prawnicy MSP w 1999 r. nie zadbali o wpisanie rzeczonej kwoty do umowy prywatyzacyjnej Pekao. Prywatyzacji banków i nie tylko towarzyszył w tamtych latach hurraoptymistyczny nastrój, a decydującym kryterium była wysokość przychodów Skarbu Państwa ze sprzedaży jego aktywów. W mniejszym stopniu liczyły się długofalowe skutki dla gospodarki.
Bez względu na to, jak dzisiaj oceniamy tamte decyzje - czy piejemy z zachwytu nad rekordowymi wpływami do budżetu, czy też załamujemy ręce nad widocznymi po latach niepożądanymi rezultatami przekształceń własnościowych - faktem bezpornym pozostaje, że istotny wpływ na ówczesną politykę prywatyzacyjną miała silna, by nie powiedzieć, wręcz dominująca osobowość ministra finansów Leszka Balcerowicza (UW). Dzisiejszy prezes NBP świetnie rozumiał się z I wiceminister skarbu Alicją Kornasiewicz (również z rekomendacji Unii Wolności), która odpowiadała za najważniejsze prywatyzacje.
Wystarczy przypomnieć okoliczności prywatyzacji Banku Zachodniego w 1999 r. 80 proc. akcji banku objęła spółka AIB European Investments, należąca do Allied Irish Banks (AIB) z Dublina. Do budżetu w III kwartale 1999 r. wpłynęło 2 mld 300 mln zł. W owym czasia była to najwyższa cena zapłacona przez inwestora strategicznego za pakiet większościowy polskiego banku.
Dodatkowo Irlandczycy obiecali dokapitalizować Bank Zachodni sumą 150 mln USD. Zanim jednak sfinalizowano transakcję, poważne zastrzeżenia wobec prywatyzacji wyraziło Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji. Jego prawnicy stwierdzili, że skoro nabywcą akcji Banku Zachodniego nie zostanie bezpośrednio Allied Irish Banks, lecz jego spółka AIB European Investments o kapitale założycielskim wynoszącym 2 funty irlandzkie (sic!), nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Irlandczycy w dogodnych dla siebie okolicznościach i terminie odsprzedali Zachodni inwestorowi, który nie otrzymałby zgody polskich władz na inwestycję w sektorze bankowym.
Wystarczy bowiem - jak argumentowali juryści z MSWiA - żeby zmienił się właściciel AIB European Investments, by automatycznie kto inny został akcjonariuszem Banku Zachodniego. Na sprzedaż spółki AIB European Investments irlandzcy bankierzy nie potrzebują przecież zgody polskiej Komisji Nadzoru Bankowego.
Ostatecznie MSWiA uległo pod naciskiem ministra finansów Leszka Balcerowicza (por. Jarosław Jakimczyk, „Waga dwóch funtów”, Życie, 12-13 lutego 2000 r.). Wyliczył on, że każdy dzień zwłoki wydania zezwolenia na nabycie akcji banku Zachodniego to 3,5 mln zł utraconych odsetek, które można by uzyskać dla państwa od kapitału zdeponowanego na lokacie bankowej.
W tamtej epoce argumentację MSWiA podważano, bo nikt nie chciał wierzyć, by zagraniczny inwestor dokonał zmian właścicielskich bez uzyskania uprzednio stosownej zgody polskiego nadzoru bankowego. Pogląd ten okazał się tylko częściowo słuszny. AIB rzeczywiście nie pozbył się spółki będącej właścicielem Banku Zachodniego. Swój nowy nabytek połączył z Wielkopolskim Bankiem Kredytowym (WBK), którego akcjonariuszem został już w 1996 r. Tym sposobem na krajowym rynku pojawił się duży, skonsolidowany Bank Zachodni WBK.
Nie zapominajmy jednak, że w przypadku Banku BPH, którego najbliższa przyszłość spędza sen z powiek ministrowi Mikoszowi, polskie władze zostały postawione przed faktem dokonanym. Najpierw UniCredito wskutek przejęcia niemieckiej grupy HVB stał się właścicielem BPH, a dopiero później zaczął zabiegać o zgodę Komisji Nadzoru Bankowego.
Ktoś powie zaraz, że taka jest nieubłagana logika procesów globalizacji gospodarczej, bo trudno przecież oczekiwać, iż bankierzy z Mediolanu będą zabiegać o zgodę w Warszawie na zakup banku HVB w Monachium. Święte słowa, tylko, że rolą państwa polskiego jest przy pomocy odpowiednich instrumentów prawnych zawczasu zabezpieczać się przed ubocznymi skutkami globalizacji w bankowości w interesie jej klientów czyli całej gospodarki narodowej.
Mam poważne wątpliwości, czy tak postąpiono w obu opisywanych przypadkach z 1999 r. Już teraz pojawiły się spekulacje na temat możliwości kolejnych fuzji wśród czołówki polskich banków, kontrolowanych przez zagraniczne grupy finansowe. Pewne jest, że rząd będzie zmuszony przemyśleć, a może nawet przebudować do gruntu swoją strategię wobec największego dotąd banku w kraju - PKO BP - tak, aby aktywa należące do państwa nie straciły na wartości.
Obejrzyj resztę wiadomości
Temat: CIEMNA strona EMANCYPACJI
Gość portalu: barbinator napisał(a):
> No własnie - rozmowa o "ciemnych stronach emancypacji" to dla mnie to samo co
> płakanie nad rozlanym mlekiem...
> Przecież emancypacja już się dokonała, nikt z nas nie miał na jej przebieg
> wpływu, odwrócić się jej skutków nie da - więc o czym tu dyskutować?
Mylisz się. Rozmowa o ciemnych stronach emancypacji ma sens mniej więcej taki,
jaki sens ma rozmowa o jej stronach jasnych. To co napisałaś jest swoją drogą
bardzo dziwne (to chyba wpływ wakacyjnego rozleniwienia). Zastanów się proszę
przez chwilę: przecież rzeczywiste skutki jakiegoś procesu możemy omówić
najlepiej właśnie wtedy, gdy ów proces się DOKONA (czy gdy jest już w jakimś
stopniu zaawansowany). Zanim to nastąpi możemy snuć prognozy, przeprowadzać
symaulacje itd, za to, gdy proces trwa, (czy - tym bardziej - gdy już się
zakończył) mamy już do czynienia z faktami: to i to nastąpiło, to i to nie
nastąpiło. To i to jest skutkiem pozytywnym, to i to negatywnym. Zauważ też, że
rozmowa o skutkach procesu NIE ozacza jeszcze chęci "odwracania" tych skutków.
Gdybym zaproponował np. temat: "Negatywne skutki uprzemysłowienia",
czy "negatywne skutki globalizacji", albo "skutki uboczne leków", to nie sądzę,
byś wytaczała przeciw takim tematom, argumenty, jakie wytaczasz tutaj: "mleko
się rozlało, nie ma o czym gadać" itp (czy nigdy nie zetknęłaś się z
rozważaniami tego rodzaju?). Pytanie brzmi: dlaczego robisz to w przypadku
tematu: "negatywne skutki emancypacji"?
> Zresztą zgadzam się z kilkoma innymi dyskutantkami (teraz już przeczytałam
> całość wątka): ściemniasz, Tad.
> Powinieneś postawić jasno sformułowaną tezę po czym ją udowodnić.
Jak już pisałem nieco wyżej, by rozmawiać w tym wątku na temat, wcale nie
trzeba zgadzać się z tym, co napisałem. Nie trzeba też wcale ze mną
polemizować. Można po prostu napisać: "Uważam, ze nie masz racji, ale -
ponieważ tego nie wymagasz - więc nie będę wykazywał/a błędów w twojej
argumentacji. Według mnie emancypacja nie ma ciemniej strony (lub: według
mnie "ciemne strony emancypacji wyglądają tak .......")". I tyle.
> Ty tymczasem robisz to samo co w paru innych wcześniejszych wątkach. Wyjaśnię
> to na przykładzie pamiętnego "Feminizm - zmierzch Zachodu". Zakładasz wątek o
> jednoznacznie brzmiącym tytule, następnie w długim wywodzie mnożysz sugestie
> jak to przez feministki świat schodzi na psy (nie pisząc tego wprost) po czym
> dziwisz się gdy twój referat zostaje odebrany w sposób jednoznaczny i
>oczywisty
Dlaczego "pamiętnego"? Chyba tylko dlatego, że tytuł wywołał u części bywalczyń
prawdziwą obsesję. Ciekawe, że takiej obsesji nie wywołał np. tytuł "Świat bez
kobiet". Czyż nie jest ZBYT jednoznaczny? Polemizowałem z tezami Graff, ale na
tytule jej książki aż tak bardzo się nie skupiałem. Tytuły mają swoje prawa.
Zerkam na półkę obok i widzę "Nowe średniowiecze", "Bunt elit", "Zmierzch
Zachodu", "Zniewolony umysł", "Droga do zniewolenia". "Paranoja polityczna".
Same bardzo jednoznaczne tytuły, tylko - co z tego? Wogóle dziwię się, że tak
często znajdujesz w tym co piszę, coś czego tam właściwie nie ma. Zarzucasz mi,
że to i owo "sugeruję nie wprost". A może to Ty NADINTERPRETUJESZ to co piszę?
Nie jestem panem Twoich interpretacji. Zarzucasz mi np, że wzywam do powrotu
do "starych dobrych czasów". Napisałem tu już pewnie ponad 1000 postów i nie
pamiętam ani jednego postu tego rodzaju. Pamiętam, za to, że pisałem, o tym, że
zyjemy w czasach bardzo dobrych, może najlepszych jakie się zdarzyły (nie każ
tylko mi tego szukać, bo w gąszczu ponad 1000 postów miałbym zajęcie do 2004),
mogłem co najwyżej dodać, że żałuję, iż feministki robią co mogą, by te czasy
się skończyły. Nie tak dawno zarzuciłaś mi, że "robię z feministek
terrorystki", i znów na żądanie dowodu odparłaś, że "sprytnie to sugeruję",
tymczasem ja pisałem o DWÓCH KONKRETNYCH organizacjach feministycznych, które
stosowały "środki siłowe", co jest po prostu faktem historycznym. Takich
przykładów pewnie dałoby się znaleść więcej.
> Ułatwię ci sprawę. Jeśli chcesz by twój wywód był jasny i klarowny i dało się
> nad nim dyskutować, to postaw wyraźną tezę, np. "feminizm prowadzi do wzrostu
> przestępczości" po czym UDOWODNIJ JĄ!!
Po raz bodajże trzeci powtarzam: w tym wątku słowa "feminizm" używam głównie po
to, by informować, że nie odnoszę się w nim do feminizmu (choć w jednym poście
pisałem coś zdaje się, o tym, że feministki głosząc "rowność każdego rodzaju
związku" przyczyniają się do osłabienia prestizu rodziny). Chcę rozmawiać o
negatywnych skutkach emancypacji. Oczywiście feminizm jest z emancypacją
związany, ale jej nie wyczerpuje.
> Jeśli masz dowody na to, że rozpad rodziny prowadzi do przestępczości, to
> bardzo ładnie że je masz, ale należy jeszcze udowodnić, że feministki ponoszą
> odpowiedzialność za rozpad rodziny - zaznaczam, że nie wystarczy dowieść, że
> feminizm jest przeciwny rodzinie tradycyjnej. Trzeba jeszcze udowodnić, że
> rodzina partnerska częściej się rozpada niż tradycyjna.
Skoro juz mowa o sugerowaniu, to znów przeciwstawisz "rodzinę partnerską"
rodzinie "tradycyjnej". Możesz wyjaśnić na jakiej podstawie z góry wykluczasz
partnerstwo w rodzinie "tradycyjnej"?
> Masz takie dowody?
Jak pisałem wyżej - wcale nie uznaję podziału na rodzinę "tradycyjną"
i "partnerską", trudno mi więc dyskutować na Twoich warunkach.
> Pozdr.
Obejrzyj resztę wiadomości
Temat: Równość - czy dokładnie o taką równość chodzi?
outsorcing > Mylisz się. Nie obserwujemy takiego procesu. Przenoszone są tylko niektóre
> gałęzie produkcji, ludzie się przekwalifikowują, na skutek realokacji
produkcji
> między krajami ceny (w tym cena pracy) będą się wyrównywać. Nastąpi
> racjonalizacja w alokacji pracy i kapitału.
(...)
> Bzdura.
Wtrącę się do waszej rozmowy w jednym tylko celu - i nie będzie nim obrona
jakichkolwiek racji gdyż w kwestii wad i zalet globalizacji nie mam do końca
wyrobionego zdania.
Byłeś uprzejmy tak oto skwitować poglądy twoich rozmówców:
"Swoją drogą to większych bzdur ekonomicznych jak niektórzy w tym wątku (w tym
Ty) wypisują to dawno nie widziałem". Słowo "bzdura" padło jeszcze
kilkukrotnie, okraszone różnymi ironicznymi uwagami.
To co pisze twoja rozmówczyni nie jest bzdurą a ty nie jesteś dawcą wszelkiej
mądrości mającym monopol na prawdę. Na świecie - jak dobrze o tym wiesz - trwa
poważna debata nad skutkami globalizacji i outsourcingu (bo właśnie o tym tu
rozmawiacie) i coraz liczniejsze jest grono ekonomistów przestających klepać tę
swoją wyuczoną na pamięć liberalną mantrę (a ty niestety nadal to robisz) i
zaczynających zwracać uwagę na sprawy których wcześniej nie zauważali. Z
przykrością konstatuję BD, że jak zwykle usiłujesz przedstawić ludzi o
poglądach innych niż twoje własne jako nieuków piszących bzdury i sprowadzasz
rozmowę do starcia sił światła (ty i wszyscy którzy cię poprą) z siłami
ciemności (reszta świata). Skoro uważasz, że niebezpieczeństwa outsourcingu to
bzdura, to proponuję byś zamailował np do J.Stiglitza (Nobel z ekonomii, w-ce
prezes Banku Światowego, doradca ekonomiczny prezydenta USA itd) i koniecznie
poinformował go o tym, że twoim zdaniem on, Stiglitz to piszący bzdury nieuk.
Bo tenże Stiglitz pisał m.in tak:
"Na konkurencyjnym rynku prawo popytu i podaży zapewni, że w końcu w dłuższej
perspektywie popyt na siłę roboczą wyrówna się z jej podażą i nie będzie
bezrobocia. Ale, jak trafnie zauważył Keynes, "w dłuższej perspektywie to
wszyscy umrzemy".
Ci którzy bagatelizują odpływ miejsc pracy nie rozumieją jednego - amerykańska
gospodarka nie najlepiej spobie radzi. Obok deficytów handlowego i budżetowego
jest jeszcze deficyt pracy. W ciągu ostatnich trzech i pół roku gospodarka
powinna była stworzyć 4-6 mln etatów, aby zapewnić zajęcie osobom wchodzącym na
rynek pracy. Tymczasem 2 mln etatów straciliśmy - po raz pierwszy od czasów
prezydentury Herberta Hoovera na początku wielkiego kryzysu nastąpiła strata
netto miejsc pracy w amerykańskiej gospodarce w ciągu kadencji jednego
prezydenta."
(...)
Owszem, zwolennicy outsourcingu powiedzą, że bogate kraje utracą miejsca pracy
dla najniżej wykwalifikowanych na rzecz krajów o tańszej sile roboczej takich
jak Chiny. Ale to ma być ponoć korzystne zjawisko, bo Ameryka powinna się
specjalizować w obszarach stanowiących jej przewagę komparatywną czyli tam,
gdzie potrzebne są wysokie kwalifikacje i zaawansowana technologia. Potrzebne
jest zatem "doedukowanie" siły roboczej, poprawa jakości edukacji, zwłaszcza w
dziedzinach nauk ścisłych i najnowszych technologii.
Ameryka kształci mniej inżynierów niż Chiny i Indie i nawet jeśli inzynierowie
z krajów rozwijających się są pod jakimś względem gorsi - jakości edukacji lub
lokalizacji - to różnicę tę z nawiązką wyrównują niższe płace. Inżynierowie i
informatycy z krajów rozwiniętych będą więc musieli pogodzić się ze spadkiem
płac lub z bezrobociem albo będą musieli poszukać sobie pracy w innej
dziedzinie, z pewnością gorzej płatnej. Jeśli wysoko wykwalifikowani
inżynierowie i specjaliści od komputerów nie wytrzymają presji outsourcingu to
co będzie z tymi którzy są gorzej wykształceni? Owszem, być może USA utrzymają
swoją przewagę komparatywną na samej górze w dziedzinie nowatorskich badań.
Jednak większość nawet wysoko wykwalifikowanych inżynierów para się tzw "zwykłą
nauką" czyli niezwykle waznymi rozwiązaniami technologicznymi wprowadzanymi
dzień po dniu. Stanowią one fundament wzrostu wydajności w dłuższej
perspektywie. Nie jest do końca jasne czy i w tej dziedzinie Ameryka posiada
komparatywną przewagę.
I jeszcze jeden cytat tego autora:
"Po drugie, jeśli USA mają się martwić, to teraz jest odpowiedni moment. Wielu
zwolenników globalizacji uważa, że liczba odpływających miejsc pracy jest nadal
niewielka. (...)
Nawet jeśli mówimy o ograniczonej liczbie miejsc pracy to wpływ outsourcingu na
samych pracowników i dystrybucję dochodów może być dramatyczny.
Wzrost zostanie pobudzony, ale pracownicy stracą na tym i to nie tylko ci
którzy zostaną zwolnieni. Zjawisko to już uwidoczniło się w niektórych
rejonach. W ciągu dziesięciu lat jakie upłyneły od czasu podpisania
Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu (NAFTA), średnia płaca realna w
USA spadła.
Chowanie głowy w piasek i udawanie, że na globalizacji skorzystają wszyscy jest
niemądre. Problem globalizacji polega dziś na tym, że jeśli rządy nie przyjmą
bardziej aktywnej roli w zarządzaniu nią, niewielu na niej skorzysta a
większość straci."
Tyle prof. Stiglitz.
Od siebie dodam tylko tyle, że nie jestem w stanie rozstrzygnąć, kto w tym
sporze ma rację - i sądzę, że ty także nie powinieneś uzurpować sobie takiego
prawa. Wiem też, że absolutnie nic nie upoważnia cię do traktowania swoich
rozmówców w tak protekcjonalny sposób jak to po raz kolejny uczyniłeś. Dyskusja
o zagrożeniach globalizmu której częscią jest sprawa outsourcingu będzie trwała
i nic nie wskazuje na to, by obóz globalistów posiadał w tej dyskusji
jakąkolwiek przewagę intelektualną i naukową - vide Stiglitz, przeczytaj także
tutaj odin.dep.no/ud/norsk/handelspolitikk/032121-090005/index-hov005-n-
f-a.html. Mniej pychy, drogi BD - to jeszcze nikomu nie zaszkodziło :))
Pozdr. B.
Obejrzyj resztę wiadomości
Temat: Być albo mieć.
o rety, widze,że masz spaczone pojęcie o rzeczywistości w ktorej żyjemy i
globalizacji oraz jej skutkach.
Zrozum to wreszcie, że bogactwo większości społeczeństwa zachodu zrodziło sie w
latach powojennych(45-80), gdy kapitalizm był REGULOWANY i nie pozwalał
wykorzystywać pracowników w taki sposób jaki się to dzieje teraz i
redystrybuował dochody także w dół drabiny społecznej.To wtedy różnice pomiędzy
szeregowym pracownikiem a menadzerem była jak 1:30, a nie jakobecnie
1:kilkuset, albo i więcej. Dlatego zyski z postępu i większej wydajności były
rozkładane na większość społeczeństwa i dzieki temu powstała klasa średnia.
Postulowana przez ciebie nieskrępowana wolnośc gospodarcza prowadzi do czegoś
odwrotnego!! Do powstania wąskiej elity bogatych i reszty, która staje się
coraz biedniejsza.
Takie są fakty: majątek 358 miliarderów świata wynosi tyle ile łaczne dochody
2,3 miliarda najbiedniejszych!!. Globalizacja i dalsze otwieranie rynków na
kapitał powoduje, że bogaci bogacą sie nawet w wirtualnym świecie niczego nie
produkując, korzystając tylko z wirtualnej sieci, przenosząc kapitał z miejsca
na miejsce!
Nawet nie muszą tworzyć miejsc niskopłatnej pracy, aby się bogacić!
Gdyby kapitalizm osiągnał pełną wolność te różnice pogłebiłyby się jeszcze
bardziej i mielibyśmy powrót do lat 20, gdzie pracodawca niemusiałby sie liczyc
z niczym i z nikim! a co było potem? Wielki kryzys
...nie wiem dlaczego caly czas potwierdzasz moj zarzut, ze rozdawanie zezwolen
> na 'widzi mi sie' (a moze i lapowki!) i na pare tylko lat to recepta na
> wyjalowianie rynku,
zrozum to jest skutek globalizacji i twojego rozpieszczania ludzi z kapitałem!!!
Aby ściągnąc inwestycje państwo oferuje dogodne warunki dla kapitału, które sam
postulujesz! to jest wynik globalizacji i konkurencji między krajami, na
której korzystają bogaci, (czasami właśnie przybiera to takie formy). Tak
właśnie wolny rynek ery globalizacji postępuje z krajami potrzebującymi
kapitału!!!!
Będziesz miał pretensje do rządu czy kapitalizmu, że uczył pracownika a
> pózniej go zwolnił??
> ...do nikogo nie bede mial pretensji..
to dlaczego masz pretensje do kogoś, że produkował górników?
Ktoś musiał pracować w kopalniach, czy stoczniach, a że później ich praca nie
była potrzebna i efektywna, to już inna bajka. To już zasługa rozwoju techniki.
...widze, ze wolalbys miec jeden gatunek chleba, jedna marke samochodu itd...
Nie, wolałbym kupować to co jest mi potrzebne, a nie to co wmówią mi spece od
reklamy i prania mózgów:)(Dlaczego mam kupowac coca-cole, przeciez nie boli
mnie głowa?:)
...ale smak jest osobisty i ludzie ja wola od Pepsi, i to na calym swiecie,
ja wole pepsi:) a tak na poważnie dlaczego ją lubią? bo im to wmówiono!!
a twoja wypowiedź to jakby slogan reklamowy(pracujesz w reklamie?:)
" Bezrobocie jest także winą postępu technicznego. Nie rozumiesz tego???
> ....nie, postep techniczny zawsze (choc czesto nie od razu) kreuje nowe
rynki i nowe zapotrzebowania i nowe miejsca pracy,
> Rewolucja przemysłowa spowodowała, że trzeba było mniej rąk do pracy
> ...tak, w rolnictwie,... ale stworzyla netto miliony nowych miejsc pracy w
> miastach,.."
ty naprawde nie rozumiesz?
Tzn, że rewolucja przemysłowa nie spowodowała bezrobocia? o czym ty mówisz?
Przeciez to produkcja taśmowa najpierw tworzyła miejsca pracy, a pożniej wraz z
postępem redukowała. To co wcześniej robiło wielu robotniów teraz mógł robic
jeden.
A rewolucja techniczna powoduje, że nie trzeba ludzi w przemyśle i co dalej?
Teraz tą nadwyzkę ludności przejmuje sektor usług, ale jezeli i tu nastąpi
dalsza automatyzacja i postęp techniczny, to co się stanie z tymi ludźmi?
Ty twierdzisz, że powstaną nowe miejsca pracy. Ja uważam, że to nie wystarczy,
bo nie widac jakiegoś zjawiska,które stworzy nowy sektor poza obecnymi:
rolnictwem przemysłem i usługami. Na miarę rewolucji przemysłowej, czy
technicznej, która tworzyła nowe miejsca pracy na masową skalę.
" - Gdyby nie roboty publiczne
> ...roboty publiczne nigdy nie sa tak wydajne jak prywatne, wiec sila rzeczy
> powrot do normalnosci (kapitalizmu) byl dluzszy,
- i wojna nie wiadomo kiedy Ameryka otrząsneła by sie z kryzysu.
...oj jak ty nie logicznie, po pierwsze USA juz dlugo przed '43 rokiem byla
znowu potega gospodarcza, inaczej nie moglaby przeciez pomagac Stalinowi,
prowadzic wojny z Niemcami i Japonia czy odbudowywac Europy po wojnie"
Przecież wtedy państwo pomogło zapewnić pracę i płacę, bo kapitalizm stał się
niewydajny w tym względzie. Nie potrafił zapewnic wszystkim pracy.
Ale dlaczego była potęgą? Bo rozwijała sektory zbrojeniowe itp, które chyba
były pod kontrolą państwa.
- A na koniec, ty jako dogmatyk kapitalizmu naprawdę myślisz, ze "100%
> kapitalizmu" to jest lekarstwo na wszystko? I wtedy świat wyglądałby.. no
> właśnie jak?
>
> ...to chyba jasne i logiczne,
>
Ja naprawdę widze, że ciężko ci wytłumaczyć, że to co proponujesz, nie ma i nie
będzie miało skutków, których się spodziewasz!!
W globalnym świecie(juz podzielonym na bogatych i biednych) pełna wolnośc
kapitału (patrz wszystko powyżej)nie prowadzi do bogacenia się większości tylko
nielicznej grupy, która na tym korzysta.(bo nic ją nie ogranicza)
Ty twierdzisz, że amerykanie są bogaci? Bogate to są ponadnarodowe korporacje i
multimilionerzy.
De facto, jako społeczeństwo żyjecie na kredyt, którym was wspiera reszta
świata. Statystycznie wraz z rozwojem kapitalizmu, skłonność do oszczędzania
(które było podstawą wczesnej akumulacji kapitału i rozwoju kapitalizmu)
została zastąpiona przez kredytową konsumpcje. Teraz amerykanie generalnie nic
nie oszczędzają z dochodów.
Jeżeli konsumpcja opiera się na kredycie to czy to jest oznaka bogactwa? Czy
życia ponad stan?
Czy ta mityczna middle-class nie biednieje? (Nie zapominaj, też o
równouprawnieniu, które spowodowało, ze kobiety włączyły się w większym stopniu
do tworzenia budżetów domowych swoimi dochodami.)
Czy to nie oznacza, że niepostrzeżenie dla amerykanów oni sami stają sie
biedniejsi? a korporacje bogatsze?
A jak kiedys reszta świata zechce, aby amerykanie zapłacili za swój rozrzutny
tryb życia, to co?
Kolejny wielki kryzys?
Obejrzyj resztę wiadomości
Temat: Made in Poland
Wprost - Dzien z zycia Polaka;) Dzień z życia Polaka
Wprost 06:52
Statystyczny Polak, jak dobrze wiemy, to tylko wytwór statystyków, socjologów i
ekonomistów. Można go uznać za swego rodzaju narodowego Golema. Zamiast krwi i
duszy ożywiają go liczby, cierpliwie zbierane przez ankieterów. Taki Polak jest
za to wygodnym lustrem, w którym możemy się przejrzeć. Co widać w tym lustrze?
Polak, bez względu na to, co dalej zostanie napisane, jest przede wszystkim
człowiekiem szczęśliwym. Brzmi to jak herezja czy upiorny żart, ale wszystkie
dane potwierdzają takie przekonanie. Na ogół jest albo dość, albo wręcz bardzo
zadowolony z siebie. I do tego owo zadowolenie czerpie sam z siebie, z własnych
dokonań. To poczucie szczęścia wiąże się zapewne z dwiema dodatkowymi jego/jej
właściwościami.
Ceni sobie udane życie rodzinne i - jak sądzi - ma dość przyjaciół, by znaleźć
w nich oparcie. Wręcz zaczyna mieć dla nich coraz więcej czasu. Wszystko
wskazuje na to, że przeciętny Polak wychodzi z najtrudniejszego okresu, gdy
zabiegany, zestresowany nie mógł się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Ze
statystyk co prawda wynika, że dla znajomych ma dziennie dwie i pół minuty, ale
to niewiele mniej niż dla członków rodziny. Co gorsza, na ogół nie stać go na
życie towarzyskie. To trudności finansowe powodują ograniczanie kontaktów
towarzyskich. Odnotowano, że prawie 46 proc. gospodarstw nie może sobie
pozwolić na zaproszenie raz w miesiącu przyjaciół czy rodziny nawet na lampkę
wina czy posiłek.
Nieufny i niezadowolony
Polak wcale nie jest zgorzkniały i zniechęcony. Wierzy na ogół, że ma dość
siły, by przejść przez życie bez utraty twarzy, w sposób godny i uczciwy. Mamy,
jak sądzimy, dość woli życia, by się nie poddać, nie ulec okolicznościom ani -
Boże broń - samobójczym czy autodestrukcyjnym skłonnościom. Gorzej (i to
znacznie gorzej) jest już z wiarą w życiowy sukces. Tu już nasz
obywatel/obywatelka wygląda dość żałośnie. W porównaniu z Amerykanami możemy
uchodzić wręcz za naród malkontentów i ludzi małej wiary. Zapewne rymuje się z
tym szczególna i niepokojąca u nas awersja do ponoszenia ryzyka. Polakowi
pozostaje co najwyżej grać w totka, ale bez szczególnej nadziei w wygraną. Ani
nie ryzykujemy, gdy mogą nas czekać nawet małe zyski, ani nie potrafimy sobie
dawać rady w sytuacji zagrożenia stratą.
Przeciętny Polak lubi sytuacje pewne. Lubi pewność, bo zbyt wiele dostrzega
wokół siebie cwaniactwa, kumoterstwa, nepotyzmu, chamstwa i korupcji. Jest
istotą wysoce nieufną i stale w duchu sobie powtarza: ostrożności nigdy za
wiele. Nie ufa ludziom, nie ufa instytucjom, prawu, urzędnikom, bogaczom,
politykom. Nieufność przenika jego życie i jego obraz ludzkiej natury. Zapewne
dlatego do religijnej wyobraźni Polaka (z pewnością ma w przedpokoju krzyż, a w
pokojach święte obrazy) prędzej trafia obraz piekła i diabła niż aniołów i
ludzi miłosiernych. Polak nie ufa bliźnim, ale wierzy w Boga, niezbyt gorliwie
chodzi na msze i ma się z pewnością za katolika. Jakiego - to tylko księża i
dobry pan Bóg wiedzą.
Przeciętny Polak nie ma sprecyzowanych poglądów politycznych, ale w sposób
jawny kontestuje politykę, mając generalnie polityków za ludzi złej woli i
złych obyczajów. Nasz bohater nie ma swojej partii. Nie wie, kogo wybrać.
Niezależnie od tego, jaka jest na dworze pogoda i czy ma przed sobą perspektywę
wędkowania, czy gapienia na kolejny telewizyjny serial, zapewne nie pójdzie do
urny. Wszystkiego ma już dość, nie angażuje się w życie społeczne. Z pewnością
nie należy nasz przeciętniak do żadnej organizacji społecznej i - jak to się
powiada - pozostaje poza sferą społeczeństwa obywatelskiego. Najczęściej
transformację roku 1989 uważa za nieudaną - w każdym razie, kiedy patrzy na nią
z perspektywy swojego życia, zwłaszcza gdy przyjdzie mu ocenić własny dorobek i
stan konta.
Jak się prezentuje statystyczny Polak?
W wersji męskiej widziałbym go jako faceta pod czterdziestkę, lekko już
otłuszczonego, z dość grubym karkiem (tu lokują się nasze nie wyrażone i nie
spełnione emocje, również te złe). Z pewnością ma wąsy w stylu Lecha Wałęsy -
wielkiego kreatora narodowej mody. Polak nie jest zbyt wysoki. Używa niewielu,
ale często wulgarnych słów: klnie chętnie i bez szczególnych zahamowań. Może w
ten sposób manifestuje swoje poczucie siły. Śmieci wszędzie, gdzie tylko
przyjdzie mu się znaleźć. Brud mu przeszkadza, ale nie ten, który sam
produkuje. Rzadko używa dezodorantu, więc pachnie niezbyt przyjemnie.
Przeciętny Polak ma bardzo złe zdanie o kulturze i obyczajach swoich bliźnich.
Dawniej, gdy przedstawiano przeciętnego Polaka, rysownik zaczynał od beretu z
antenką. Dzisiaj - to skutek globalizacji - powinien najpierw narysować
bejsbolówkę. Ubrałbym go w dżinsy, podrabiane sportowe buty (jakieś chińskie
adidasy), w kamizelkę z licznymi kieszonkami. Kiedyś nosił jesionkę (do
kościoła peliskę), teraz ma obowiązkową kurtkę. Zresztą typowego Polaka czy
typowej Polki nie stać na ubranie wyższej jakości.
Paweł Śpiewak Socjolog, kierownik Zakładu Historii Myśli Socjologicznej
Uniwersytetu Warszawskiego, autor m.in. książek "Ideologia i obywatele", "W
stronę dobra wspólnego", "Spory o Polskę", "Obietnice demokracji"
nawet nie bede szukac ciagu dalszego... bo jeszcze opis statystycznej Polki bym
znalazla;)
a.:)))
Obejrzyj resztę wiadomości
Temat: Australia: Lucky Country
Na dodatek przemysł przetwórczy Australii został zmuszony do konkurowania z
azjatyckimi krajami o bardzo niskim poziomie płac, często używających
półniewolniczą siłę roboczę (Np. Filipiny, Tajlandia, Korea Płd., do niedawna
Tajwan) czy też niemalże darmową pracę więźniów (Chiny, Wietnam, Burma). Tak
więc globalizacja miała zdecydowanie negatywny impakt na zatrudnienie w
Australii i Nowej Zelandii. Wzrost gospodarczy nie był w stanie poprawić
radykalnie sytuacji na rynku pracy tych krajów, jako iż był on zbyt wolny (w
Australii średnio 2.9% w latach 1990-1999 i ok. 3.4% w latach 1980-1990, a w
Nowej Zelandii jeszcze mniej: odpowiednio 1.8% i ok. 1.7%), a także ze wzgędu
na pracoszczędny wzrost wydajności pracy (tzw. fenomen “jobless growth” –
“wzrost bez nowych miejsc pracy” ).
Globalizacja i “otwarcie na świat”, czyli podstawowe elementy neoliberalanej
polityki ekonomicznej Australii i Nowej Zelandii z lat 1983-2003 miały, przede
wszystkim, przynieść poprawę konkurencyjności gospodarek tych krajów, głównie
poprzez wzrost wydajności (productivity) owych gospodarek. Jednakże , jak to
zauważają Meredith i Dyster w swej autorytatywnej monografii, owa wydajność
(productivity) zmalała w Australii w latach 1990tych do poziomu lat 1970tych, a
więc poniżej poziomu lat 1960tych. Tak więc nie ma wątpliwości, iż neoliberalno-
monetarystyczny eksperyment zakończył się klęską w Australii, i jeszcze większą
w Nowej Zelandii, skąd mieszkańcy masowo emigrują do pogrążonej w niemalże
permanentnej recesji Australii, która nie jest dłużej “szczęśliwym krajem”
(“lucky country”) lat 1960tych, ale także nie zdołała się, pomimo licznych a
gołosłownych obietnic czynionych przez tamtejsze elity, przekształcić się
w “zdolny kraj” (“clever country”). Takowa transformacja wymaga bowiem
olbrzymich funduszy, których ani rząd, ani tym bardziej prywatny sektor nie
chcą poświęcić na przedsięwzięcie, które nie gwarantuje ani szybkich, ani też
tym bardziej nadmiernie wysokich, spekulacyjnych zysków. Ślepe wzorowanie się
na unikalnych w skali światowej doświadczeniach amerykańskich kosztowały więc
drogo zarówno Australię jak i Nową Zelandię, które po rozpadzie Imperium
Brytyjskiego w latach 1950tych i 1960tych, wstąpieniu Zjednoczonego Królestwa
do Unii Europejskiej (wówczas zwanej Wspólnotą Europejską – European Community)
w roku 1973 oraz na skutek globalnej długotrwałej recesji rozpoczętej kryzysami
paliwowo-energetycznymi wczesnych lat 1970tych, nie potrafią znaleźć dla siebie
miejsca w nowej globalnej rzeczywistości, a swój nadmienie wysoki (typowy dla
wysoko rozwiniętych, przemysłowych krajów I świata) standard konsumpcji
sztucznie utrzymują poprzez zaciąganie coraz to nowych pożyczek, obsługiwanych
eksportem surowców i żywności, co jest strukturą handlu zagranicznego typową
dla zacofanych, agrarno-surowcowych krajów III świata.
Społeczno-polityczne skutki globalizacji w Australii i Nowej Zelandii są
znaczne: dla wielu Australijczyków i Nowozelandczyków są też one zdecydowanie
negatywne. Zalew zagranicznych towarów spowodowany zniesieniem praktycznie
wszystkich ograniczeń na import pozbawił pracy wiele osób. Stracili też sporo
australijscy i nowozelandzcy rolnicy, jako iż terms of trade zmieniły się na
ich niekorzyść, oraz stracili oni poparcie i ochronę ze strony swych rządów.
Spora część australijskich bezrobotnych i farmerów poparła więc populistyczną,
skrajnie prawicową partię One Nation (Jeden Naród).
Australijczycy i Nowozelandczycy nie zostali nigdy jasno i uczciwie
poinformowani, iż globalizacja oznacza w ich przypadku bardzo często niższą
płacę realną, a nawet brak pracy. Dyskusja na temat globalizacji została bowiem
w tym regionie “porwana” (“hijacked”) przez elity, dla których globalizacja
jest niewątpliwie korzystna. Jednakże brak jest poważnych argumentów
wskaujących na to, iż globalizacja jest korzystna dla znacznej większości
Australijczyków i Nowozelandczyków. Stąd też w regionie przeważa dezorientacja
i niepewność, co do jego przyszłości ekonomicznej. Owa niepewność i
dezorientacja jest pogłębiona przez ostatnie ataki terorystyczne na zachodnie
(głównie australijskie) cele w regionie (szczególnie wybuchy bomb w Indonezji:
w kurorcie na wyspie Bali, oraz w Jakarcie, stolicy tego państwa, gdzie
zaatakowano w ostanim czasie hotel Mariott i ambasadę Australii). Ataki te
wykorzystywane są w Australii przez polityków, szczególnie konserwatywnych, do
ich wąskich i doraźnych celów, czyli do wygrania wyborów, oraz do odwrócenia
uwagi społeczeństwa od realnych problemów trapiących region, takich jak
niepokojące trendy w w gospodarce. Owe niepokojące trendy to głownie chroniczne
deficyty rachunku bieżącego i spowodowana nimi prawdziwa eksplozja zadłużenia
zagranicznego, które muszą, i to raczej prędzej niż później, doprowadzić do
prawdziwego kryzysu gospodarczego w tym regionie, niegdyś stawianym za wzór
stabilności politycznej i dobrego zarządzania gospodarką.
Obejrzyj resztę wiadomości
Temat: Australia: Lucky Country
Tak więc redukcja ceł i innych barier w handlu zagranicznym miała efekty
głównie negatywne, które były znacznie szybsze, łatwiejsze do zauważenia i
bardziej skoncentrowane niż nieliczne i słabe pozytywne efekty. Jednym z
najbardziej widocznych efektów liberalizacji handlu zagranicznego był upadek
przemysłu przetwórczego w Australii i Nowej Zelandii, zresztą i tak słabo
rozwiniętego, jak na kraje z poziomem i strukturą konsumpcji I świata. Wzrost
bezrobocia wywołany upadkiem tego przemysłu nie mógł być zrównoważony
zwiększonym zatrudnieniem np. w usługach, jako iż nawet turystyka nie była (w
tych krajach) w stanie wchłonąć większej liczby nowych pracowników, ze względu
na marginalne położenie Australii i Nowej Zelandii: z dala od głównych “rynków
zbytu”, czyli daleko od Europy, Japonii i Ameryki Północnej oraz na dość
ograniczoną ofertę, szczególnie w przypadku Australii. Na dodatek przemysł
przetwórczy Australii został zmuszony do konkurowania z azjatyckimi krajami o
bardzo niskim poziomie płac, często używających półniewolniczą siłę roboczę
(Np. Filipiny, Tajlandia, Korea Płd., do niedawna Tajwan) czy też niemalże
darmową pracę więźniów (Chiny, Wietnam, Burma). Tak więc globalizacja miała
zdecydowanie negatywny impakt na zatrudnienie w Australii i Nowej Zelandii.
Wzrost gospodarczy nie był w stanie poprawić radykalnie sytuacji na rynku pracy
tych krajów, jako iż był on zbyt wolny (w Australii średnio 2.9% w latach 1990-
1999 i ok. 3.4% w latach 1980-1990, a w Nowej Zelandii jeszcze mniej:
odpowiednio 1.8% i ok. 1.7%), a także ze wzgędu na pracoszczędny wzrost
wydajności pracy (tzw. fenomen “jobless growth” – “wzrost bez nowych miejsc
pracy” ).
Globalizacja i “otwarcie na świat”, czyli podstawowe elementy neoliberalanej
polityki ekonomicznej Australii i Nowej Zelandii z lat 1983-2003 miały, przede
wszystkim, przynieść poprawę konkurencyjności gospodarek tych krajów, głównie
poprzez wzrost wydajności (productivity) owych gospodarek. Jednakże , jak to
zauważają Meredith i Dyster w swej autorytatywnej monografii, owa wydajność
(productivity) zmalała w Australii w latach 1990tych do poziomu lat 1970tych, a
więc poniżej poziomu lat 1960tych. Tak więc nie ma wątpliwości, iż neoliberalno-
monetarystyczny eksperyment zakończył się klęską w Australii, i jeszcze większą
w Nowej Zelandii, skąd mieszkańcy masowo emigrują do pogrążonej w niemalże
permanentnej recesji Australii, która nie jest dłużej “szczęśliwym krajem”
(“lucky country”) lat 1960tych, ale także nie zdołała się, pomimo licznych a
gołosłownych obietnic czynionych przez tamtejsze elity, przekształcić się
w “zdolny kraj” (“clever country”). Takowa transformacja wymaga bowiem
olbrzymich funduszy, których ani rząd, ani tym bardziej prywatny sektor nie
chcą poświęcić na przedsięwzięcie, które nie gwarantuje ani szybkich, ani też
tym bardziej nadmiernie wysokich, spekulacyjnych zysków. Ślepe wzorowanie się
na unikalnych w skali światowej doświadczeniach amerykańskich kosztowały więc
drogo zarówno Australię jak i Nową Zelandię, które po rozpadzie Imperium
Brytyjskiego w latach 1950tych i 1960tych, wstąpieniu Zjednoczonego Królestwa
do Unii Europejskiej (wówczas zwanej Wspólnotą Europejską – European Community)
w roku 1973 oraz na skutek globalnej długotrwałej recesji rozpoczętej kryzysami
paliwowo-energetycznymi wczesnych lat 1970tych, nie potrafią znaleźć dla siebie
miejsca w nowej globalnej rzeczywistości, a swój nadmienie wysoki (typowy dla
wysoko rozwiniętych, przemysłowych krajów I świata) standard konsumpcji
sztucznie utrzymują poprzez zaciąganie coraz to nowych pożyczek, obsługiwanych
eksportem surowców i żywności, co jest strukturą handlu zagranicznego typową
dla zacofanych, agrarno-surowcowych krajów III świata.
Społeczno-polityczne skutki globalizacji w Australii i Nowej Zelandii są
znaczne: dla wielu Australijczyków i Nowozelandczyków są też one zdecydowanie
negatywne. Zalew zagranicznych towarów spowodowany zniesieniem praktycznie
wszystkich ograniczeń na import pozbawił pracy wiele osób. Stracili też sporo
australijscy i nowozelandzcy rolnicy, jako iż terms of trade zmieniły się na
ich niekorzyść, oraz stracili oni poparcie i ochronę ze strony swych rządów.
Spora część australijskich bezrobotnych i farmerów poparła więc populistyczną,
skrajnie prawicową partię One Nation (Jeden Naród).
Australijczycy i Nowozelandczycy nie zostali nigdy jasno i uczciwie
poinformowani, iż globalizacja oznacza w ich przypadku bardzo często niższą
płacę realną, a nawet brak pracy. Dyskusja na temat globalizacji została bowiem
w tym regionie “porwana” (“hijacked”) przez elity, dla których globalizacja
jest niewątpliwie korzystna. Jednakże brak jest poważnych argumentów
wskaujących na to, iż globalizacja jest korzystna dla znacznej większości
Australijczyków i Nowozelandczyków. Stąd też w regionie przeważa dezorientacja
i niepewność, co do jego przyszłości ekonomicznej. Owa niepewność i
dezorientacja jest pogłębiona przez ostatnie ataki terorystyczne na zachodnie
(głównie australijskie) cele w regionie (szczególnie wybuchy bomb w Indonezji:
w kurorcie na wyspie Bali, oraz w Jakarcie, stolicy tego państwa, gdzie
zaatakowano w ostanim czasie hotel Mariott i ambasadę Australii). Ataki te
wykorzystywane są w Australii przez polityków, szczególnie konserwatywnych, do
ich wąskich i doraźnych celów, czyli do wygrania wyborów, oraz do odwrócenia
uwagi społeczeństwa od realnych problemów trapiących region, takich jak
niepokojące trendy w w gospodarce. Owe niepokojące trendy to głownie chroniczne
deficyty rachunku bieżącego i spowodowana nimi prawdziwa eksplozja zadłużenia
zagranicznego, które muszą, i to raczej prędzej niż później, doprowadzić do
prawdziwego kryzysu gospodarczego w tym regionie, niegdyś stawianym za wzór
stabilności politycznej i dobrego zarządzania gospodarką.
Obejrzyj resztę wiadomości
Temat: Opel i Australia i nowe tendecje okradania roboli.
Tak więc redukcja ceł i innych barier w handlu zagranicznym miała efekty
głównie negatywne, które były znacznie szybsze, łatwiejsze do zauważenia i
bardziej skoncentrowane niż nieliczne i słabe pozytywne efekty. Jednym z
najbardziej widocznych efektów liberalizacji handlu zagranicznego był upadek
przemysłu przetwórczego w Australii i Nowej Zelandii, zresztą i tak słabo
rozwiniętego, jak na kraje z poziomem i strukturą konsumpcji I świata. Wzrost
bezrobocia wywołany upadkiem tego przemysłu nie mógł być zrównoważony
zwiększonym zatrudnieniem np. w usługach, jako iż nawet turystyka nie była (w
tych krajach) w stanie wchłonąć większej liczby nowych pracowników, ze względu
na marginalne położenie Australii i Nowej Zelandii: z dala od głównych “rynków
zbytu”, czyli daleko od Europy, Japonii i Ameryki Północnej oraz na dość
ograniczoną ofertę, szczególnie w przypadku Australii. Na dodatek przemysł
przetwórczy Australii został zmuszony do konkurowania z azjatyckimi krajami o
bardzo niskim poziomie płac, często używających półniewolniczą siłę roboczę
(Np. Filipiny, Tajlandia, Korea Płd., do niedawna Tajwan) czy też niemalże
darmową pracę więźniów (Chiny, Wietnam, Burma). Tak więc globalizacja miała
zdecydowanie negatywny impakt na zatrudnienie w Australii i Nowej Zelandii.
Wzrost gospodarczy nie był w stanie poprawić radykalnie sytuacji na rynku pracy
tych krajów, jako iż był on zbyt wolny (w Australii średnio 2.9% w latach 1990-
1999 i ok. 3.4% w latach 1980-1990, a w Nowej Zelandii jeszcze mniej:
odpowiednio 1.8% i ok. 1.7%), a także ze wzgędu na pracoszczędny wzrost
wydajności pracy (tzw. fenomen “jobless growth” – “wzrost bez nowych miejsc
pracy” ).
Globalizacja i “otwarcie na świat”, czyli podstawowe elementy neoliberalanej
polityki ekonomicznej Australii i Nowej Zelandii z lat 1983-2003 miały, przede
wszystkim, przynieść poprawę konkurencyjności gospodarek tych krajów, głównie
poprzez wzrost wydajności (productivity) owych gospodarek. Jednakże , jak to
zauważają Meredith i Dyster w swej autorytatywnej monografii, owa wydajność
(productivity) zmalała w Australii w latach 1990tych do poziomu lat 1970tych, a
więc poniżej poziomu lat 1960tych. Tak więc nie ma wątpliwości, iż neoliberalno-
monetarystyczny eksperyment zakończył się klęską w Australii, i jeszcze większą
w Nowej Zelandii, skąd mieszkańcy masowo emigrują do pogrążonej w niemalże
permanentnej recesji Australii, która nie jest dłużej “szczęśliwym krajem”
(“lucky country”) lat 1960tych, ale także nie zdołała się, pomimo licznych a
gołosłownych obietnic czynionych przez tamtejsze elity, przekształcić się
w “zdolny kraj” (“clever country”). Takowa transformacja wymaga bowiem
olbrzymich funduszy, których ani rząd, ani tym bardziej prywatny sektor nie
chcą poświęcić na przedsięwzięcie, które nie gwarantuje ani szybkich, ani też
tym bardziej nadmiernie wysokich, spekulacyjnych zysków. Ślepe wzorowanie się
na unikalnych w skali światowej doświadczeniach amerykańskich kosztowały więc
drogo zarówno Australię jak i Nową Zelandię, które po rozpadzie Imperium
Brytyjskiego w latach 1950tych i 1960tych, wstąpieniu Zjednoczonego Królestwa
do Unii Europejskiej (wówczas zwanej Wspólnotą Europejską – European Community)
w roku 1973 oraz na skutek globalnej długotrwałej recesji rozpoczętej kryzysami
paliwowo-energetycznymi wczesnych lat 1970tych, nie potrafią znaleźć dla siebie
miejsca w nowej globalnej rzeczywistości, a swój nadmienie wysoki (typowy dla
wysoko rozwiniętych, przemysłowych krajów I świata) standard konsumpcji
sztucznie utrzymują poprzez zaciąganie coraz to nowych pożyczek, obsługiwanych
eksportem surowców i żywności, co jest strukturą handlu zagranicznego typową
dla zacofanych, agrarno-surowcowych krajów III świata.
Społeczno-polityczne skutki globalizacji w Australii i Nowej Zelandii są
znaczne: dla wielu Australijczyków i Nowozelandczyków są też one zdecydowanie
negatywne. Zalew zagranicznych towarów spowodowany zniesieniem praktycznie
wszystkich ograniczeń na import pozbawił pracy wiele osób. Stracili też sporo
australijscy i nowozelandzcy rolnicy, jako iż terms of trade zmieniły się na
ich niekorzyść, oraz stracili oni poparcie i ochronę ze strony swych rządów.
Spora część australijskich bezrobotnych i farmerów poparła więc populistyczną,
skrajnie prawicową partię One Nation (Jeden Naród).
Australijczycy i Nowozelandczycy nie zostali nigdy jasno i uczciwie
poinformowani, iż globalizacja oznacza w ich przypadku bardzo często niższą
płacę realną, a nawet brak pracy. Dyskusja na temat globalizacji została bowiem
w tym regionie “porwana” (“hijacked”) przez elity, dla których globalizacja
jest niewątpliwie korzystna. Jednakże brak jest poważnych argumentów
wskaujących na to, iż globalizacja jest korzystna dla znacznej większości
Australijczyków i Nowozelandczyków. Stąd też w regionie przeważa dezorientacja
i niepewność, co do jego przyszłości ekonomicznej. Owa niepewność i
dezorientacja jest pogłębiona przez ostatnie ataki terorystyczne na zachodnie
(głównie australijskie) cele w regionie (szczególnie wybuchy bomb w Indonezji:
w kurorcie na wyspie Bali, oraz w Jakarcie, stolicy tego państwa, gdzie
zaatakowano w ostanim czasie hotel Mariott i ambasadę Australii). Ataki te
wykorzystywane są w Australii przez polityków, szczególnie konserwatywnych, do
ich wąskich i doraźnych celów, czyli do wygrania wyborów, oraz do odwrócenia
uwagi społeczeństwa od realnych problemów trapiących region, takich jak
niepokojące trendy w w gospodarce. Owe niepokojące trendy to głownie chroniczne
deficyty rachunku bieżącego i spowodowana nimi prawdziwa eksplozja zadłużenia
zagranicznego, które muszą, i to raczej prędzej niż później, doprowadzić do
prawdziwego kryzysu gospodarczego w tym regionie, niegdyś stawianym za wzór
stabilności politycznej i dobrego zarządzania gospodarką.
Obejrzyj resztę wiadomości
zanotowane.pldoc.pisz.plpdf.pisz.plraju.pev.pl
Strona 4 z 4 • Wyszukiwarka znalazła 189 postów • 1, 2, 3, 4
|
|
Cytat |
Do polowania na pchły i męża nie trzeba mieć karty myśliwskiej. Zygmunt Fijas Tylko poeci i kobiety potrafią wydawać pieniądze tak, jak na to zasługują. Facilius oppresseris quam revocaveris (ingenia studiaque) - (talenta i nauki) łatwiej można stłumić, niż do życia przywrócić. Fakt podstawowy, że jesteśmy życiem, które chce żyć - uświadamiamy sobie w każdym momencie naszego istnienia. Albert Schweizer Da mihi factum, dabo tibi ius - udowodnij fakt, a ja ci wskażę prawo.
|
|